Wywiad dr. Tomasza Gackowskiego z prof. dr. hab. inż. Włodzimierzem Gogołkiem – kierownikiem Pracowni Dziennikarstwo Online w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.
Tomasz Gackowski: Panie Profesorze, gdzie szukać źródeł dynamizmu internetu? W czym tkwi istota nowych mediów? Dlaczego tak szybko, bezpardonowo i skutecznie zawłaszczają nasz prywatny czas?
Włodzimierz Gogołek: Trudne pytanie. W czym tkwi siła internetu, jego dynamizm? Oczywiście kluczem jest powszechność, to wszyscy wiemy. Dynamizm już teraz jest rozumiany inaczej niż wcześniej. Kiedyś postrzegany był jako przyrost liczby internautów, wzrost, który w obecnych czasach w miarę się stabilizuje. Co jest motorem napędowym? Podejrzewam, że jest nim jakiś atawistyczny odruch ludzki do zdobywania informacji – szybkiego, łatwego zdobywania informacji – i przekazywania ich innym. I to narzędzie, wydaje mi się, pozwala zaspokoić nasze odruchy: pozyskiwania informacji, szybko i sprawnie, i udostępniania jej dalej.
T.G.: Jeżeli mówimy o sposobach pozyskiwania informacji, o zagadnieniach, które kiedyś nazywano po prostu łącznością, dzisiaj mówi się o internecie, o sieciach, interakcji, to zastanawia mnie jedna rzecz…
W.G.: Interesujące jest to, że podczas łączności z udziałem komputerów i internetu –urządzenia zaznaczają swoją aktywność, czynnie modyfikując treści wymieniane przez ludzi. Określam to jako – jedną z czterech kategorii komunikacji – komunikację aktywną, w której maszyny "wtrącają się" w proces interakcji, samodzielnie ją uzupełniając lub wręcz modyfikując. Wyraźnie to widać np. w uzależnieniu reklam od treści naszych przekazów na portalach społecznościowych. Podobnie aktywne są maszyny w profilowanych – "szytych na miarę" – newsletterach czy dostosowując (bez udziału człowieka), np. do płci, wieku, zainteresowań, miejsca pobytu, treści przekazywanych nam komunikatów. Doszło do tego, iż często bronimy się przed ich aktywnością informacyjną, żądając dowodu, że jesteśmy ludźmi, a nie maszynami – stosując test captcha.
T.G.: Chodzi właśnie o te maszyny. W jaki sposób – zdaniem Pana Profesora – powinny "technicyzować się" nauki o mediach (stawać się bardziej naukami technicznymi aniżeli społecznymi czy też humanistycznymi), które mamy wpisane do rejestrów ministerialnych od sierpnia 2011 roku?
W.G.: A co to w szczególe znaczy "technicyzować"?
T.G.: Otóż nauki o mediach znajdują się w obszarze nauk społecznych, wielu prowadzących zajęcia, również na studiach z zakresu dziennikarstwa i komunikacji społecznej, uważa się za humanistów i badaczy społecznych. Jednak obserwując zachodzące zmiany, wyraźnie widać, że perspektywa techniczna, internetowa, właśnie sprzętowa odgrywa i będzie odgrywała coraz większą rolę. W którą stronę powinny rozwijać się kierunki studiów, takie jak dziennikarstwo i komunikacja społeczna oraz logistyka mediów? W jaki sposób połączyć doświadczenie, bagaż refleksji teoretycznej humanistów i badaczy społecznych z tym, co częściej zwykło się nazywać "praktyką", a więc różnych aspektami technicznymi, informatycznymi procesu kształcenia?
W.G.: Ocenia się, że ilość danych wytworzonych przez człowieka w ciągu ostatnich dwóch lat (2011–2013) przewyższyła ilość informacji wyprodukowanych do tego momentu w całej historii ludzkiej cywilizacji. W tym kontekście niestety mam smutną wiadomość dla Pana. Badania, które są prowadzone na bieżąco, wskazują, że jeszcze dwadzieścia lat temu, przed erą internetu, wszelkiego rodzaju doświadczenia czy publikacje, z których korzystaliśmy – traktując je jako materiały źródłowe, obejmowały – powiedzmy – pięćdziesiąt lat wstecz. Dzisiaj, przy tak dynamicznym wzroście wielkości i przepływu nowych informacji, najczęściej sięgamy po doświadczenia z zaledwie ostatnich trzech lat (!). Jeżeli więc mówimy o korzystaniu z doświadczeń humanistów, to chyba powyższa zależność jest wielce wymowna… Oczywiście są pewne ponadczasowe idealne prawdy, aksjomaty, które są przyjmowane – i w naukach ścisłych, i humanistycznych. Teraz niestety jest to bardzo trudny czas dla nauk humanistycznych i społecznych poszukujących nowej tożsamości. Ale to odrębny temat.
T.G.: Instytut Dziennikarstwa UW w 2012 roku z powodzeniem uruchomił nowy kierunek studiów, a mianowicie logistykę mediów, który został przez ministerstwo zaaprobowany i nawet otrzymał bardzo adekwatny przelicznik. Panie Profesorze, co to jest logistyka mediów i w którą stronę będzie ona ewoluowała, jeśli chodzi o ofertę dydaktyczną?
W.G.: Historycznie logistyka wiązała się głównie z ogólnie rozumianym transportem, oczywiście dóbr fizycznych, rzeczy. Tutaj mamy do czynienia z logistyką, która obejmuje transport, ale bardziej to dotyczy transportu informacji i związanych z tym narzędzi, które temu służą. Ale żeby był transport, to muszą być narzędzia do gromadzenia informacji, jej uwieczniania, rejestrowanie, zachowywanie na odległą przyszłość, co nie jest współcześnie prostą sprawą. Całość tak rozumianej logistyki otacza bogata wiedza o planowaniu, zarządzaniu – administrowaniu instytucją medialną.
T.G.: Jak te założenia odzwierciedlają się w ofercie dydaktycznej logistyki mediów?
W.G.: Owe założenia odzwierciedla program studiów – zawiera wszystkie elementy, o których powiedziałem. Poza wiedzą o poprawnym administrowaniu instytucją medialną i jej specyfice, a także marketingu (w tym PR) jest w naszej ofercie wiedza związana z problematyką stosowania technologii. W jej ramach, po pierwsze, gromadzenie i przetwarzanie informacji multimedialnych, które są związane z działalnością dziennikarską – tekst, obraz, dźwięk, wideo. Naturalnie jest to związane z informatyką – w tym z internetem – z radiem i telewizją. Po drugie, transport informacji z jednego punktu do drugiego. Tutaj duży nacisk położyliśmy na problemy związane z informatyką, specyficznie rozumianą, w zasadzie z technologiami informacyjnymi, które obejmują czystą informatykę, sieci, w tym internet, czyli jak gromadzić, przesyłać i udostępniać informacje. I trzecia rzecz, to bezpieczeństwo teleinformatyczne, które powszechnie jest niedoceniane.
T.G.: Jak się zmieni ten program według Pana Profesora? W którą stronę? Mamy za sobą dwa lata doświadczeń: co będziemy chcieli zmodyfikować, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom z jednej strony studentów, a z drugiej – uwzględniając nasze założenia?
W.G.: Sądzę, i będę starał się do tego namawiać, że trzeba większy nacisk położyć na praktyczne elementy logistyki mediów, którą wcześniej zdefiniowaliśmy, a mniejszy na tradycyjnie rozumiane fundamenty logistyki. Były i są nadal nimi matematyka, statystyka, fizyka, ekonomia – niewątpliwie ważne, potrzebne, ale wydaje mi się, że już nie w takim zakresie, jak to było dwa, trzy czy dziesięć lat temu. Bardziej właśnie przyda się nam znajomość narzędzi i metodologii związanych z zarządzaniem instytucją medialną, gromadzeniem, obróbką i transportem informacji.
T.G.: A jeżeli chodzi jeszcze o ofertę dydaktyczną kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna? Ona również powinna się zmieniać, gdy weźmiemy pod uwagę silnie konwergujące obecnie ze sobą media?
W.G.: Przede wszystkim zmiany na tym kierunku powinny bezwzględnie dostrzegać wagę nieodwracalności rozwoju nowych mediów. Zresztą jest taka książka klasyka – P. Levinsona: Nowe nowe media, która jest powszechnie znana. Należy się z tym absolutnie pogodzić, nie odwracać się od tego i zacząć zmieniać proporcje przedmiotów, których nauczamy. Zdecydowanie więcej uczyć o sieci, o technologiach informacyjnych, o nowoczesnym administrowaniu.
T.G.: A może po prostu dodać więcej modułów dotyczących nowych mediów w ramach istniejących przedmiotów?
W.G.: Z tymi modułami to bym nie przesadzał, bo można się w tej materii pogubić. Należy podejść systemowo do edukacji w zakresie nowej tematyki. Mamy precedens "Newsweeka", trzeba popatrzeć na notowania wydawców świata i znacznie bliżej przyjrzeć się kierunkowi rozwoju nowych mediów, które dotyczą faktycznie wszystkich z tej branży: od dzienników, periodyków, poprzez radio i telewizję, z konsumentami włącznie. Nie ma od tego odwrotu. I to, o czym mówiliśmy na początku, że najbardziej zasadne w nowych programach nauczania będą doświadczenia głównie z ostatnich kilku lat. To jest przykry dla części z nas znak przemijania dyktowany rynkiem. Epoka umownych dalekopisów w dziennikarstwie minęła bezpowrotnie. Coraz więcej musimy uczyć tego, czego oczekuje współczesny rynek społeczeństwa informacyjnego.
T.G.: Panie Profesorze, bardzo dziękuję za rozmowę.
Warszawa, styczeń 2014 roku